szkodliwe składniki w kosmetykach

5 składników, których NIE CHCESZ w swoich kosmetykach

Badania wskazują, że Polacy coraz częściej zwracają uwagę na etykiety produktów. Ale „coraz częściej”, niestety wcale nie oznacza, że robią to często. Zaledwie co trzecia osoba deklaruje, że zwraca uwagę na skład umieszczony na opakowaniu. O ile przykładamy wagę do składu żywności i jesteśmy w stanie (mniej więcej) rozszyfrować jej skład, to czytanie etykiet kosmetyków może się wydawać zadaniem trudniejszym niż lektura artykułu napisanego w języku mandaryńskim bez znajomości mandaryńskich znaków lub wysłanie na orbitę okołoziemską promu kosmicznego zbudowanego z zapałek. Z resztą, przeważnie, obecność potencjalnie szkodliwych substancji w kosmetykach nie robi na nas aż takiego wrażenia, bo „przecież ich nie jemy, więc jak niby miałyby nam zaszkodzić?”. Przewiduję, że dalsza niefrasobliwość (tak producentów, jak i konsumentów) oraz przekonanie, że skóra jest nieprzepuszczalna jak worek foliowy już wkrótce zapewnią dodatkowe etaty całej armii onkologów. Więc, zapraszam na krótkie rendez-vous z pięcioma substancjami, których na pewno nie chcecie w swoich kosmetykach, począwszy od szkodliwych, przez nieetyczne, skończywszy na toksycznych dla środowiska.

Parabeny

Przegląd paskudztw zaczynamy od robiących zawrotną karierę parabenów. Parabeny to związki, których zadaniem jest wydłużanie trwałości kosmetyku – to konserwanty o syntetycznym pochodzeniu. W kosmetykach ukrywają się pod nazwami: methylparaben, ethylparaben, propylparaben, butylparaben. Do szumu wokół parabenów przyczyniły się badania wskazujące na obecność parabenów w guzach nowotworowych, co stwierdzono u pacjentek cierpiących na raka piersi. Mimo, że żadne badania dotąd nie potwierdziły jednoznacznego wpływu parabenów na rozwój nowotworów sutka, to niepokój budzą stwierdzone estrogenne własności tych związków. Przykładowo, Dania wprowadziła zakaz stosowania niektórych związków z grupy parabenów w kosmetykach stosowanych u dzieci do lat trzech. Producenci zapewniają oczywiście, że parabeny w ograniczonych ilościach nie stanowią zagrożenia dla zdrowia, ale słysząc takie zapewnienia niepoparte jednoznacznymi badaniami naukowymi przypomina mi się historia DDT, które też miało być bezpieczne, a nie było.

Tłuszcze zwierzęce

Ok, tłuszcze zwierzęce nie są zabójcze. No chyba, że dla zwierząt z których zostały zrobione… Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie perspektywa smarowania mojego ciała produktami na bazie tłuszczu zwierzęcego jest po prostu obrzydliwa. Nie i koniec. Jeżeli jest dla Was ważne, żeby kosmetyki nie były testowane na zwierzętach, to myślę, że tym bardziej nie chcielibyście, żeby kosmetyki były zrobione ze zwierząt, right? Tłuszcze zwierzęce ukrywają się pod nazwą sodium tallowate (sól sodowa tłuszczu zwierzęcego), a znajdziemy je głównie w… mydłach. Z odpadów zwierzęcych wytwarzane są również inne składniki kosmetyków takie jak kolagen, keratyna, ceramidy czy nawet popularna gliceryna (choć ta ostatnia może być pozyskiwana z roślin).

Parafina

Nie trzeba być ekspertem ajurwedy, żeby dojść do wniosku, że coś czego byśmy nie zjedli, nie nadaje się również do pielęgnacji naszego ciała (przypominam, skóra to nie worek foliowy). I tak właśnie rzecz ma się z parafiną, która jest jednym z produktów destylacji ropy naftowej. W kosmetykach kryje się pod nazwami paraffinum liquidum, mineral oil czy petrolatum. Jest substancją powszechnie wykorzystywaną w kosmetykach, bo jest tania i powszechnie dostępna. Parafina ma grono swoich oddanych fanów, ale przy bliższym zapoznaniu okazuje się, że dla naszego organizmu olej mineralny jest sporym kłopotem. Parafina zatyka pory tworząc znakomite warunki do rozwoju bakterii beztlenowych (tak, tak, trądzik murowany), uniemożliwia skórze oddychanie, ale również wydalanie produktów przemiany materii. Co gorsza, organizm ludzki nie ma zdolności metabolizowania parafiny, co powoduje, że oleje mineralne akumulują się w wątrobie i węzłach chłonnych.

Triclosan

Jest związkiem z grupy fenoli o właściwościach przeciwgrzybiczych i bakteriobójczych. Triclosan znajdziemy w mydłach antybakteryjnych, pastach do zębów, dezodorantach czy preparatach przeciwtrądzikowych. Mimo, że triclosan jest stosowany od ponad 30 lat, dopiero niedawno naukowcy przyjrzeli się bliżej tej substancji. Okazuje się, że sam triclosan nie posiada właściwości mutagennych czy kancerogennych, ale ze względu na swoją lipofilność akumuluje się w tkance tłuszczowej, a dalsze badania wykazały obecność tego związku w mleku matek karmiących. Oznacza to, że niewielkie ilości triclosanu powszechnie używanego na przykład do dezynfekcji w placówkach służby zdrowia, trafiają wprost do układu pokarmowego noworodków wraz z mlekiem mamy… Inne badania nad szkodliwością triclosanu sugerują z kolei wpływ tego związku m.in. na metabolizm hormonów tarczycy, a nadużywanie środków zawierających triclosan może prowadzić do zaburzeń naturalnej flory bakteryjnej organizmu, w tym do uodparniania się drobnoustrojów na antybotyki. Ze względu na swoje teratogenne właściwości, nie zaleca się stosowania preparatów z triclosanem w czasie ciąży i laktacji. Co więcej, triclosan jest powszechnie obecny w środowisku (m.in. w akwenach wodnych), a jego pochodne – dioksyny i chloroform – należą do niezwykle trujących związków. Więcej na ten temat tutaj

SLS

W porównaniu z pierwszą czwórką SLS-y to już na prawdę drobnostka. Pod tym skrótem kryje Sodium Lauryl Sulfate czyli laurylosiarczan sodu – detergent występujący w większości szamponów, żeli myjących czy płynów do kąpieli i to przeważnie na bardzo wysokim miejscu w składzie (z resztą sami sprawdźcie ;) ). Niestety SLS (i podobne mu związki) jest substancją stosunkowo agresywną, która niszcząc naturalny płaszcz lipidowy skóry, prowadzi do przesuszenia skóry, nasilenia łojotoku, może przyczyniać się do powstawania zmian zapalnych i podrażnień, a nawet do rozwinięcia się atopowego zapalenia skóry. Ze względu na swoje agresywne działanie nie poleca się stosowania kosmetyków zawierających SLS u dzieci. Badania wskazują również, że SLS ma zdolność kumulowania się w tkankach, może uszkadzać wzrok dzieci, a u dorosłych sprzyja rozwojowi zaćmy. Nie ma co, brzmi to świetnie.

Oczywiście na tym nie koniec. Szkodliwych (lub niedostatecznie przebadanych) substancji występujących w codziennie stosowanych kosmetykach jest znacznie więcej. Wpływ niektórych związków chemicznych na zdrowie i środowisko nie został jeszcze dostatecznie zbadany, ale bardzo często za ich obecnością w kosmetykach przemawia rachunek ekonomiczny producentów. Dobra wiadomość jest taka, że mamy coraz lepszy dostęp do informacji i badań naukowych, powoli zwiększa się świadomość konsumentów, a rynek stara się odpowiadać na te potrzeby. Przy odrobinie wnikliwości bez trudu znajdziemy zamienniki kosmetyków, nie zawierające szkodliwych substancji, a co więcej, nie zrujnują naszego portfela (przetestowane na sobie).

Trzymam kciuki za Wasze dobre wybory :)