7 ekologicznych grzechów… autorki

Czytając bloga promującego ekologiczny styl życia spodziewać by się można, że jego autorka jest wzorem cnót wszelakich. Albo przynajmniej tych ekologicznych. Nie tylko ze względu na moją wrodzą skromność zmuszona jestem niestety zaprzeczyć. Prawda, choć bolesna, jest taka, że jestem ekologicznym grzesznikiem. Któż z nas nie jest, niech pierwszy rzuci kamieniem. Współczesny świat skonstruowany jest tak, aby nieustannie wystawiać naszą wolę na dziesiątki pokus, a ludzka natura nie sprzyja asertywności, zwłaszcza, gdy na wyciągnięcie ręki (najczęściej uzbrojonej w kartę kredytową) filuternie mrugają do nas przyjemności, korzyści i wygody. Spece od marketingu również mogą pochwalić się dobrą robotą, wszak z dużym sukcesem wtłoczyli nam do głów przekonanie, że przedmioty, którymi się otaczamy, czy sposoby, w jaki spędzamy czas określają wartość naszej osoby i plasują nas na określonym szczeblu drabiny społecznej. Z drugiej strony, współczesny konsumpcyjny hedonizm stał się sposobem na radzenie sobie ze stresem, smutkiem czy niską samooceną, co nie dziwi, ponieważ zakupy pobudzają w naszych mózgach układ nagrody. No i po trzecie, grzeszymy bo… tak łatwiej. Racjonalne, odpowiedzialne wybory wymagają wysiłku, ale również narażają nas na pewien ostracyzm społeczny. No bo trzeba być przecież niezłym frajerem, ewentualnie masochistą lub dziwakiem, żeby świadomie wyrwać się z konsumpcyjnego mainstreamu i zrezygnować, przynajmniej częściowo, z tego, czym hojnym gestem obdarowuje nas współczesność. Więc jesteśmy grzesznikami. I ja też nim jestem.

.

Grzech 1: Samochodowe lenistwo

Jeżdżenie samochodem to chyba moja największa słabość… Trudno rozprawić mi się z faktem, że uwielbiam prowadzić, a w warkot silnika wsłuchuję się z przyjemnością godną obcowania z uwerturą do opery „Wesele Figara”. Kontemplując przyjemność z jazdy muszę podejmować jednak potężny wysiłek intelektualny, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia związane z wydostającymi się z rury wydechowej kłębami spalin, pyłów i dwutlenku węgla. Proszę, ja się wygodnie wiozę dociskając gaz do dechy, a z każdym moim kilometrem klimat się ociepla, smog się zagęszcza, jakieś dziecko na chodniku krztusi się moimi spalinami. Zgroza. Najgorsze jest chyba to, że mam pełną świadomość konsekwencji moich czynów, ale radzę sobie nieźle osiągając mistrzowski poziom w wynajdywaniu najróżniejszych wymówek i usprawiedliwień. Nawet jeśli mam szczery zamiar, żeby zrezygnować z samochodu, natychmiast słyszę głosiki w mojej głowie, które podstępnie szepczą do mnie:

„Nie jedź rowerem, zapowiada się na deszcz! Widzisz tę maleńką niepozorną chmurkę na krystalicznie czystym niebie? Z tego może być potężna ulewa!”.

„Zobacz, znowu jesteś spóźniona, jedź autem!”

„Jak gorąco, żar leje się z nieba. Chcesz jechać rowerem na spotkanie?! Zwariowałaś?! Spocisz się!”

„Laptop, torebka i roll-up. Serio, chcesz się z tym wszystkim taszczyć autobusem? W szpilkach?!”

„Nie możesz jechać tramwajem. Nie masz drobnych na bilet”

„Pociągiem?… Rany, musiałabyś wstać o 7:00 rano, to chyba niemożliwe”

Zastanawiałam się, co mogłabym jeszcze zrobić, żeby zwiększyć moją motywację do częstszego rezygnowania z samochodu i po długich godzinach rozmyślań doszłam do wniosku, że znakomicie sprawdziłoby się umieszczenie w fotelu kierowcy 150 gwoździ wymierzonych w moje pośladki. Chętnie zlecę taką usługę. Jacyś chętni?

.

Grzech drugi: Odzieżowa zazdrość

Wczoraj przeczytałam, że przeważnie kobiety noszą zaledwie połowę zawartości swojej szafy. To oznacza, że druga połowa to zmarnowane pieniądze, które wydaliśmy i zmarnowane zasoby, które zostały zużyte do wyprodukowania i przetransportowania kupionej przez nas (i porzuconej) rzeczy. Co gorsza, mając szafę wypchaną niepotrzebnymi ubraniami tracimy codziennie cenny czas na znalezienie właściwej sztuki odzieży (no chyba, że ktoś ma naturę pedantyczną i ceni sobie ład w szafie – ja nie), a mając 20 par butów z pewnością będziemy się zastanawiać dłużej, niż wybierając spośród trzech. A skoro już jesteśmy spóźnieni, bo przez kwadrans szukaliśmy ulubionego swetra z angory (o angorze przy innej okazji), to przecież musimy jechać autem – patrz grzech pierwszy. Dobrobyt nauczył nas, żeby traktować modę jednorazowo. Co z tego, że po pierwszym praniu nasza koszulka z sieciówki się rozpadnie, skoro możemy kupić następną za kilka złotych? A któż martwiłby się tym, że koszulka przepłynęła pół świata z trującej środowisko i pracowników bangladeskiej fabryki, gdzie uszyła ją kilkunastoletnia dziewczyna zarabiając na tym ćwierć dolara?… Przecież moda wymaga poświęceń.

deadly fashion

A skoro o tym mowa, to zauważyłam ostatnio, że aby zyskać sobie uznanie, nosi się stylizacje, a nie ubrania. Celebrytki, blogerki i szafiarki, będące często narzędziem marketingowym w rękach właścicieli sieciówek, znakomicie nakręcają odzieżowy biznes, utwierdzając swoje fanki i fanów w przekonaniu, że wartość człowieka mierzy się jego wyglądem. Niestety mam wrażenie, że bez refleksji nad ekologicznymi i społecznymi skutkami promowania niezrównoważonej, jednorazowej mody. W czasach kiedy byłam ekologicznym ignorantem, z przyjemnością zapełniałam swoją szafę tanimi ubraniami o orientalnym rodowodzie, nie mając bladego pojęcia co się z tym wiąże. Mimo, że wciąż mam jeszcze słabość do kupowania ubrań traktując kompulsywne zakupy jako znakomite ukojenie chandry, staram się żeby rozsądek częściej brał górę. Tłumaczę sobie długo i wytrwale, że nie potrzebuję kolejnej błękitnej, letniej sukienki w mojej szafie, bo mam już trzy niemal identyczne, a kiedy już decyduję się na zakup staram się wybierać ubrania szyte w Polsce, dobre jakościowo, o których wiem, że posłużą mi dłużej. Ale sposobom na bardziej zrównoważoną modę należy się osobny artykuł – stay tuned!

.

Grzech trzeci: Nieumiarkowanie w jedzeniu… pomidorów zimą

Kiedy zrezygnowałam z jedzenia mięsa byłam tak sobą zachwycona, że uznałam, że w tym co robię dla świata jest wystarczająco dużo dobrego, żeby czuć się rozgrzeszoną z pozostałych wyborów żywieniowych. Ananasy, banany i awokado? Proszę bardzo. Pomidory zimą? Czemu nie, skoro są. Paskudne. Wmawiałam sobie, że przecież wegetariańska dieta musi być urozmaicona. Prawda jest taka, że zrównoważona dieta, która jest dla nas najzdrowsza, a przy okazji nie nadwyręża kondycji środowiska, to dieta oparta na produktach sezonowych i lokalnych. Wiosną czas na nowalijki i szparagi, latem na truskawki, czereśnie i pomidory, a jesienią na paprykę czy kapustę. Zima to czas kasz, strączków i jabłek. Dobre, zdrowe, lokalne. I ja to wszystko wiem i myślę o tym, pakując w styczniu do koszyka 3 blade szklarniowe pomidory (które rosnąc w ogrzewanej szklarni nie zaznały nigdy słońca, a  na domiar złego dojrzewały na pokładzie statku handlowego), żeby przez kolejne dwa dni głośno złorzeczyć, że nawet tektura smakuje na kanapce lepiej. W Wielkiej Brytanii coraz większą popularnością cieszy się oznaczanie produktów w sklepach tzw. „food miles”. Klient dowiaduje się, jak długą drogę pokonał dany produkt od producenta do jego koszyka i jaka emisja dwutlenku węgla jest konsekwencją tej podróży. Nie można też zapominać o społecznych skutkach produkcji żywności, które przybierają skalę globalną. Więcej o odpowiedzialnym kupowaniu żywności przeczytacie tutaj.

.

Grzech czwarty: Energetyczna chciwość

Staram się wyłączać światło, w miejscach gdzie akurat mnie nie ma. Włączam tylko tyle światła, ile rzeczywiście potrzebuję. Żarówki mam energooszczędne. Gotuję pod przykryciem i rozważnie używam kuchenki i piekarnika. Z lodówką obchodzę się prawidłowo, rzadko prasuję i odkurzam (w imię oszczędzania energii rzecz jasna ;) ). Ale jednej rzeczy nauczyć się nie potrafię – wyłączania komputera. Wstyd, wstyd, wstyd. Najczęściej mam miliony otworzonych zakładek w przeglądarce, dziesiątki plików nad którymi pracuję (jasne…) i co najmniej kilka pdf’ów, które czytam w wolnych chwilach (tak, tak, wszystkie jedenaście czytam równocześnie). Więc na samą myśl o wyłączeniu komputera i zamknięciu wszystkich potwornie ważnych plików, ciarki przechodzą mi po plecach. Przecież już ich nie znajdę, już do nich nie wrócę! Dla pewności, że rano wszystko będzie na swoim miejscu, wieczorem, jednym, wyćwiczonym ruchem ręki wprowadzam laptopa w stan uśpienia i tylko po mrugającej, seledynowej lampce poznaję, że skubaniec zamiast spać, cichaczem pobiera energię elektryczną z sieci. Niedobrze. Znowu górę bierze wygoda, niekonsekwencja i brak dyscypliny. A przecież z łatwością mogłabym oszczędzić sobie i środowisku. KLIK -> Ile kosztuje tryb czuwania.

.

Grzech piąty: Kąpielowa nieczystość

Podobnie, jak w przypadku energii elektrycznej, mam kilka sprawdzonych sposobów na oszczędzanie wody. Wszystkie moje krany są wyposażone w perlatory, myjemy naczynia raczej w zmywarce niż ręcznie, okna szoruję od wielkiego dzwonu, czyli najczęściej, kiedy na horyzoncie majaczą moja Matka lub Teściowa (serdecznie pozdrawiam obie Panie, które o ile wiem, zaglądają tutaj i podczytują) lub wtedy, gdy nie da się rozpoznać, czy za oknem panuje dzień czy noc. Tak, tak, perfekcyjna Pani domu to właśnie ja ;) Niestety perfekcyjna Pani domu, po długich godzinach spędzonych niekoniecznie na skrupulatnych porządkach, lubi zażyć długiej, gorącej kąpieli. Mam wrażenie, że bogowie nie stworzyli większej przyjemności, od polewania ciałka ciepłą wodą, co ma szczególnie ekstatyczny wymiar zwłaszcza po długich spacerach w mroźne, zimowe wieczory. No więc leję wodę, powtarzając w myślach „jeszcze tylko minutka”, gdy tymczasem jeden „rozpustny”, ciepły, 10-minutowy prysznic, to 127 litrów wody i koszt 2,58 zł (co policzył Michał z bloga http://jakoszczedzacpieniadze.pl/). Ja się pławię w kąpielowej rozkoszy, zasoby wodne się kurczą, pieniądze z kieszeni uciekają, no i oczywiście, klimat się ociepla. Przydałby mi się system sterowania prysznicem, który odcinałby wodę po 5 minutach kąpieli. Albo trochę więcej silnej woli.

.

Miało być siedem grzechów głównych, jest pięć. To i tak sporo, nawet jeśli nie wyczerpuje w pełni mojego rachunku sumienia. To co jest według mnie najważniejsze, to świadomość popełnianych błędów i ich środowiskowych konsekwencji. Ta wiedza stanowi pierwszy krok, żeby podjąć skuteczną walkę ze szkodliwymi przyzwyczajeniami i skierować swoje życie na bardziej ekologiczne tory. Oczywiście, uczciwy rachunek sumienia może przytłoczyć i zniechęcić, a w pierwszej chwili uznamy, że grzechów jest tak wiele, że nie wiadomo, w co „ręce wsadzić” i czy w ogóle warto podejmować walkę, która wydaje nam się nie do wygrania. Warto.

Bo nawet jedna mała rzecz, którą zmienimy w naszym życiu, zmienia świat na odrobinę lepszy.

  • Fajny wpis :)

  • Pingback: WegeWtorek: Zupa krem pomidorowo-kokosowy | Ekologika()

  • Paula

    Nie trzeba żyć superhiperekologicznie, ważny jest każdy kroczek. Nie cierpię, gdy ktoś potępia innych za drobne „grzeszki”. Np. mam znajomą, która jest wege 5 dni w tygodniu, a przez 2 dni je mięso. I co? Ile się nasłuchała od wegetarian, że jak tak może, że to skandal, bla bla. Zamiast pochwał, że dużo robi dla świata, rezygnując z mięsa przez więszkość tygodnia. Też nie żyję idealnie, przecież piszę te słowa na pochłaniającym energię laptopie. A przed chwilą wypiłam herbatę, musiałam ugotować wodę w czajniku. I nie uważam, żebym była przez to złym człowiekiem. Robię tyle, ile mogę, ale czasem też ogarnia mnie lenistwo czy… zdrowy rozsądek. Że już nie wspomnę o fakcie, że akurat zawodowo zajmuję się ochroną środowiska – to też się liczy.

    • Mam bardzo podobne spostrzeżenia, a już szczególnie jeśli chodzi o jedzenie mięsa. Ja też się spotkałam z takim podejściem, kiedy jeszcze byłam mięsożerna i pamiętam, że bardzo mnie to dotknęło. W końcu przyzwyczajenia żywieniowe są silnie wrośnięte w naszą tożsamość, a takie ataki z reguły przynoszą wręcz odwrotny skutek. Mnie nigdy do głowy by nie przyszło stygmatyzować czy oceniać kogoś z powodu takiej czy innej diety, choć sama zrezygnowałam z mięsa. Zamiast szokujących obrazków z ubojni wolę pokazać fajną, smaczną i prostą alternatywę :)
      Tak jak napisałaś, w dzisiejszych czasach trudno o „ekologicznie bezgrzeszne” życie i też nie o to chodzi. Myślę, że najważniejsze jest rozumienie swojego wpływu na środowisko i ograniczanie go w najbardziej sensowny sposób. Pozdrawiam serdecznie :)