bienvenido a Barcelona

Bienvenido a Barcelona! Czyli zmiana lokalizacji centrum dowodzenia ekologiką i wnioski z niebytu

W zasadzie, w tytule tego wpisu kryje się niemal pełna odpowiedź na pytanie „gdzie byłam i co robiłam, gdy mnie nie było i nic (tu) nie robiłam”. Tak, stało się. Po miesiącach wahań i dyskusji, po tygodniach skrupulatnego pakowania swojego dotychczasowego życia w kartony – wylądowałam w Barcelonie na dłuższy czas. I choć, co prawda, przeprowadzka sama w sobie podobno nie znajduje się w czołówce najbardziej stresujących wydarzeń w życiu, to jeżeli dołożyć do tego zmianę pracy i nawyków towarzyskich oraz całą reorganizację dotychczasowego życia to należałoby się zastanowić nad wykupieniem abonamentem w centrum terapii nerwic… :) Przez ten cały galimatias umknęło mi chociażby sporządzenie listy noworocznych postanowień ekologicznych, a nie powiem, pojawiło się ich kilka. W każdym razie, brak takiej listy na Ekologice zdecydowanie stawia mnie w gronie niszowych blogerów.

Byłabym jednak bardzo niesprawiedliwa, gdybym cały ten czas spisała na straty i uznała za zupełnie bezowocny. Dla mnie to był czas wytężonej pracy, ale i sukcesów. Z drugiej strony, okazuje się, że wymyślne tortury (w moim przypadku znienawidzone do szpiku kości pakowanie się) mogą mieć zbawienny, a przy okazji, bardzo radykalny wpływ na życiową filozofię. Stękając i jęcząc nad kolejnym kartonem wypchanym po brzegi książkami (z których większość przeczytałam, ale smutno byłoby mi się z nimi rozstać z sentymentu i przywiązania, oraz z jeszcze jednego powodu, a mianowicie nowoodkrytego przeze mnie, głębokiego i jakże durnego przeświadczenia, że dom pozbawiony naszego książkowego CV, w postaci regału uginającego się od – być może – przeczytanych pozycji, albo nawet trzech takowych mebli, zdecydowanie mógłby świadczyć o niskim poziomie czytelnictwa jego mieszkańców, a zatem mógłby tragicznie rzutować na nasz intelektualny wizerunek…) doszłam do następującego wniosku, którym podzieliłam się na facebooku.

 

 

 

Nie powiem, zaskoczyła entuzjastyczna reakcja na to niefrasobliwe wyznanie, co dało mi jasno do myślenia, że z problemem nadmiaru rzeczy boryka się całkiem spora grupa osób. Ale to był dopiero początek mojego myślenia o minimalizmie. Największe działa, dopiero sama zaczynałam na siebie wytaczać…

Niedługo potem na kilka tygodni stałam się… można by powiedzieć… bezdomna ;) W praktyce pomieszkiwałam głównie u moich rodziców, ale ostatecznie stanęło na tym, że z walizeczką spakowaną na tydzień (bo na taki okres planowałam wyjazd od nich) pałętałam się po Polsce południowej, zrządzeniem losu, przez trzykrotnie dłuższy okres niż planowałam . I co? I nic, okazało się że przemyślanie skomponowany zestaw składający się z 2 par spodni, 3 bluzek i swetra wystarcza mi za całą garderobę (która po skrupulatnym spakowaniu zajmowała przynajmniej 4 potężne kartony). Do głowy ciśnie mi się więc pytania, po co mi do licha ciężkiego cała reszta.

Żeby tą całą resztę (i przy okazji siebie) jeszcze bardziej pogrążyć nabyłam książkę Marka Rabija pt.: „Życie na miarę”. Kupowałam ją bez przekonania, z dylematem, czy nie postawić jednak na hit ostatnich miesięcy „Dziewczynę z pociągu” (szczególnie, że kwadrans później sama miałam stać się dziewczyną w pociągu ;) ). Ostatecznie, kiedy po trzech godzinach mój pociąg wjeżdżał na stację Warszawa Centralna oderwałam się od lektury z trudem i niewiele brakowało, a zmuszona byłabym wysiąść w Warszawie Wschodniej. Wydawało mi się, że o niecnych praktykach odzieżowych w Azji Południowo-Wschodniej wiem już wszystko, a przynajmniej wystarczająco dużo, żeby nigdy więcej nie kupić w sieciówce nawet pary skarpetek. Jak zwykle, okazało się, że nic skuteczniej nie przemawia do wyobraźni, niż twarze konkretnych ludzi o konkretnych imionach, którzy mają swoje życie, rodzinę i codzienny koszmar pracy w szwalni, ponad siły, bez praw, bez podstawowych standardów bezpieczeństwa, za to, z głodową pensją. Z każdą stroną książki docierało do mnie, ze cały ten bangladeski koszmar mieszka właśnie w porzuconych przeze mnie 4 kartonach nie tak całkiem niezbędnych szmatek. Wystarczyło, żeby zrezygnować raz na zawsze z zakupów w sieciówkach. Książkę polecam.

życie na miarę
Okładka książki Marka Rabija „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo”

I tak, zupełnie przypadkowe zdarzenia, których finałem była przeprowadzka na drugi koniec Europy z jedną walizką (chciałabym napisać „na prawdę niezbędnych rzeczy”, ale już teraz widzę, że to kompletna bzdura), zdecydowały, że prawdopodobnie w sposób ostateczny skierowałam swoje kroki na drogę minimalizmu. Na pewno najbliższe 6 miesięcy będzie okazją do zweryfikowania, jak to podjęte w lutym zobowiązanie noworoczne zrealizuję w praktyce i z pewnością, będę się dzielić sukcesami (i mniej chętnie – porażkami) tego bolesnego, ale jakże uwalniającego procesu MINIMALIZOWANIA.

A więc od dzisiaj, przez najbliższe 6 miesięcy, z częstotliwością, mam nadzieję, większą niż do tej pory nadaję do Was z Barcelony :) Z pewnością będzie nieco inaczej niż dotąd. Od jutra planuję wskrzeszenie WegeWtorków, co samo w sobie nastręcza mi pewnych dylematów, jak chociażby zredefiniowanie pojęcia „produkty lokalne i sezonowe”. Bo w tym momencie i miejscu mojego zamieszkania, najbardziej lokalne i sezonowe, są pomarańcze :)

 

#barcelona #garden #oranges #foodisfree #naranja #winterinbarcelona

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @ekologika.edu.pl

 

Hasta luego! :)