przyszłość zmiany klimatu

Jaka czeka nas przyszłość?

W tym samym czasie, gdy huraganowy wiatr łamał w Borach Tucholskich sosny jak zapałki, deszcze monsunowe zalewały Azję Południowo-Wschodnią uśmiercając ponad 1200 osób. Chwilę później Irma i Harvey z potężną siłą pustoszyły i dewastowały Wyspy Karaibskie i wybrzeże Ameryki Północnej – to wschodnie. Bo zachodnie w tym czasie stało w ogniu, który obrócił w popiół ponad 8 tysięcy kilometrów kwadratowych lądu, a walka z pożarami pochłonęła niemal 2 miliardy dolarów amerykańskiego budżetu. Ktoś powie: „Taki rok”. Ja powiem: „Taka czeka nas przyszłość”.

Susze, wielotygodniowe pożary, fale upałów, powodzie, huragany, intensywne opady, gwałtowne burze… Ekstremalne zjawiska pogodowe występowały zawsze, ale obserwacja wieloletnich trendów wskazuje, że stają się one nieodłącznym elementem krajobrazu w sytuacji zmieniającego się klimatu. Oczywiście możesz być jak Donald Trump, deprecjonować wyniki badań naukowych i dopatrywać się globalnego spisku „zielonych”, jeśli tylko chcesz, ale liczby są nieubłagane. Obliczono, że ekstremalne upały, które jeszcze kilkaset lat temu występowały raz na 1000 dni, obecnie występują pięciokrotnie częściej. W Polsce, w ostatnim 40-leciu wzrosła częstość występowania powodzi błyskawicznych związanych z nawalnymi opadami. Od lat 80, w skali globalnej, dwukrotnie zwiększyła się częstość występowania katastrof związanych z pogodą. A prognozy na przyszłość nie są wcale bardziej optymistyczne.

Za skutki zmian klimatu zapłacimy wszyscy

Możesz brzydzić się „lewactwem” i pogardzać Greenpeace’em, odżegnywać się od ekologów i powiedzieć głośno „mam to gdzieś, mnie to nie dotyczy” – nie ma sprawy. Ale też nie ma to znaczenia. Bo za skutki zmian klimatu zapłacimy wszyscy. Z naszych kieszeni. Fiskus wie gdzie sięgnąć, ale nie po to, żeby poprawić jakość służby zdrowia czy budować autostrady, nawet wyjątkowo nie po to, żeby napychać sobie własne kiesy, tylko żeby ponieść koszty uszkodzonej przez ekstremalne zjawiska infrastruktury. Może Twoja ciężko chorująca matka nie otrzyma nowego leku, bo w państwowej kasie pilniejsze będą wydatki na doraźną pomoc dla poszkodowanych przez ekstremalne zjawiska atmosferyczne, pilniejsze będą naprawy zerwanych wichurami sieci energetycznych i uszkodzonych powodziami mostów i dróg? Dla przykładu, koszty strat poniesionych na skutek niszczycielskiej działalności tegorocznych huraganów Harvey i Irma szacuje się odpowiednio na nawet 180 mld i 300 mld dolarów. Tanio nie jest.

Nadal sądzisz, że Ciebie to nie dotyczy?

Może nie dojedziesz na ważne spotkanie, bo huraganowy wiatr będzie wyrywał drzewa z korzeniami i stracisz szansę na pracę życia, dzięki której miałeś się odbić od finansowego dna? A może któregoś dnia powódź utopi Twój wytrwale rozkręcany biznes zalewając magazyn z towarem wartym kilkaset tysięcy złotych? Z resztą wystarczy, że nie wyślesz na czas ważnego projektu, bo przez dwa tygodnie Twoja miejscowość będzie odcięta od prądu i od świata. Nie wierzysz, że to się może zdarzyć? Zapytaj mieszkańców Rytla.

Pewnie lubisz dobrze zjeść.  Ja też. Niestety susze i powodzie nie są łaskawe dla rolnictwa, niezwykle wrażliwego na pogodę. Tegoroczne późnowiosenne przymrozki wywindowały ceny czereśni, a to tylko najbliższy nam przykład. Niszczycielski żywioł z łatwością potrafi pochłonąć uprawy zbóż, a ocieplający się klimat otwiera drzwi szkodnikom, które dotąd trzymały się od nas z daleka. Francja, w najbliższej perspektywie przestanie być winiarskim eldorado, bo winogronom zmieniający się klimat coraz mniej odpowiada. I co w tej sytuacji? Pan płaci, Pani płaci – więcej za żywność. Jak zniesie to domowy budżet na dłuższą metę?

Nie lubisz uchodźców? To masz problem, bo będzie ich więcej

Niektóre regiony świata stają się nieznośne do życia, bo brakuje tam wody i produkcja żywności jest coraz mniej efektywna, a inne miejsca po prostu znikają pod wodą (heloł, Gdańsk też to czeka). Jaki jest wybór? Naparzać się z sąsiadem o wiadro wody i skrawek lądu na posadzenie kartofli – lub uciekać. Na razie ludzie wybierają jeszcze to pierwsze, ale coraz częściej to drugie rozwiązanie. Szacuje się jednak, że na skutek długotrwałych, uporczywych susz migrować będzie 135 milionów ludzi, a kolejnych 145 milionów straci dom jeśli poziom oceanu światowego podniesie się o 1 metr. Więc lada moment zrobi nam się jeszcze ciaśniej, ludzie będą uciekali z miejsc dotkniętych klęską do rejonów kuszących dobrobytem. Mhm. Do Europy właśnie. Tak na marginesie – nie, uchodźcy nie są dla nas zagrożeniem. Zagrożeniem jesteśmy dla siebie my sami uprawiając wytrwale wojnę polsko-polską.

Na co będziemy chorować?

A może jesteś przeciwnikiem obowiązkowych szczepień? To nieważne, bo przeciwko malarii*, dendze i zika zaszczepić się nie da. A te, mniej lub bardziej śmiertelne choroby, za chwilę zapukają do naszych drzwi, wraz z ciepłolubnymi komarami. Z resztą ciepło lubią też nicienie Dirofilaria repens – roznoszone – na razie sporadycznie – przez nasze rodzime komary. To te robale, które mogą mieć nawet 20 centymetrów długości i zamieszkać w Twojej gałce ocznej. Wystarczy więcej ciepła. Szacuje się, że wraz ze wzrostem temperatury, kolejny miliard mieszkańców świata w rejonach dotąd wolnych od dengi, będzie zagrożony zachorowaniem. Leczenie kosztuje. I czasem bywa nieskuteczne.

Co dalej?

Możemy siedzieć z założonymi rękami i czekać na nieuchronny armagedon. Możemy też ruszyć tyłek i spróbować ograniczyć rozmiary nadciągającej katastrofy własnymi rękami. Bo rąk „zielonych” jest zdecydowanie za mało, żeby zatrzymać tę machinę – o  ile to jeszcze w ogóle możliwe. Smutna wiadomość jest taka, że energooszczędne żarówki nie wystarczą. Świat potrzebuje rewolucji, która uniezależni gospodarkę od ropy naftowej i totalnie zmieni wzorce produkcji i konsumpcji. Potrzebujemy radykalnych zmian, bo w innym wypadku wszyscy staniemy w obliczu poważnych i dotkliwych konsekwencji. Wszyscy, niezależnie od tego, czy przyjmujemy czy odrzucamy fakty o globalnych zmianach klimatu. Ich konsekwencje nie omijają niedowiarków.


* malaria występowała w Polsce już w XIX i XX wieku. Dopiero w 1968 WHO uznało Polskę za kraj wolny od malarii, natomiast nie jest wykluczone jej ponowne pojawienie się, ponieważ na terenie Polski występują komary zdolne do przenoszenia zarodźców malarii.

  • Mimo mojego eko-optymistycznego nastawienia, to gdzieś w głębi mam poważne obawy, czy aby przyszłość nie będzie wyglądała jak w książce Cormaca McCarthy’ego „Droga”. Bardzo bym nie chciał…

    No, ale nie załamujmy się zawczasu, tylko mając świadomość tego, co nas może czekać, róbmy to, co możemy, żeby choć trochę poprawić stan środowiska i klimatu :)

    PS. Ja bym chętnie poznał źródła tych danych, zwłaszcza dotyczących tysięcy, milionów i różnych miliardów ;)