pokochaj swój dom

Oh, Bea! Recenzja książki „Pokochaj swój dom” (eng. „Zero Waste Home”)

O Bei Johnson, autorce książki „Zero Waste Home” i bloga o tym samym tytule, można powiedzieć wszystko – że przesadza, że jest zbyt radykalna, momentami absurdalna (bo w końcu kto, prócz Bei, wybiera rasę psa pod kątem kolorystycznego dopasowania do posadzki?!), a także, że jej życie zero waste jest dobrze zaplanowaną strategią marketingową. Nie można jednak zaprzeczyć, że napisała książkę, obok której nie da się przejść obojętnie, a wyraziste poglądy i bezkompromisowe rozwiązania wznieciły globalne zainteresowanie filozofią „zero waste” skłaniając wielu ludzi do zmiany nawyków i decyzji konsumenckich. Jedno jest pewne – lektura tej książki to istny roller coaster, gdzie zachwyt („Wow, Bea, myślę zupełnie tak samo!”) miesza się z poczuciem, że wkraczam właśnie do krainy aburdu („Bea! WTF?!?!”). Ale do brzegu – przed Wami recenzja książki „Pokochaj swój dom” („Zero Waste Home”).

Tytuł

Po raz pierwszy pomyślałam „co u licha?!…”, kiedy zobaczyłam polskie tłumaczenie tytułu. W oryginale „Zero Waste Home” – po polsku „Pokochaj swój dom”. Głowę miałam pełną myśli złych, złorzecząc pod nosem na wydawnictwo. Przecież to brzmi jak książka o stylizacji wnętrz! Z kolejnymi stronami utwierdzałam się jednak w przekonaniu, że wcale nie minęłam się z prawdą aż tak bardzo, a ton narracji coraz bardziej przypominał mi styl perfekcyjnej pani domu. A kiedy, gdzieś w połowie książki, odkryłam, że na kanwie swojej popularności Bea (którą dotąd znałam głównie z jej bloga) rozwinęła biznes, w ramach którego doradza klientom w zakresie „odgracania domu” miałam już pewność, że nie myliłam się wcale ;)

Co znajdziemy w środku?

Konstrukcja książki mnie nie zaskoczyła. Treść jest klarownie podzielona według różnych obszarów życia, w których możemy realizować filozofię „zero waste” – począwszy od kuchni i zakupów spożywczych, przez łazienkę, sypialnię, domowe biuro, dzieci i szkołę, aż po święta i życie poza domem. Ideą przewodnią całej książki jest 5R czyli 5 zasad, którymi kieruje się w swoim życiu autorka, a jest to kolejno:

Refuse – odmawiaj

Reduce – ograniczaj

Reuse – używaj ponownie

Recycle– oddawaj do recyklingu

Rot – kompostuj

Podstawową receptą na życie zero waste jest ścisłe przestrzeganie tych reguł z zachowaniem tej właśnie kolejności. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że najlepiej poradzimy sobie z odpadem, jeśli w ogóle go nie wytworzymy, a trzymając się ściśle tych zasad mamy szansę skończyć z minimalną ilością odpadów, których absolutnie nie dało się uniknąć. Docelowo mieszczących się w słynnym słoiku Bei ;)

Przystępując do „odgracania” poszczególnych sfer życia Bea zadaje pytania pomocnicze, których zadaniem jest ułatwienie podjęcia właściwej decyzji i w efekcie rozstania się z przedmiotem. Dwa z nich przemówiły do mnie w sposób szczególny: „czy nie trzymam tego z poczucia winy?” oraz „czy mogę inaczej wykorzystać to miejsce?”. To pozwoliło mi dostrzec, jakie są główne bariery i przeszkody na drodze do zaprowadzenia porządku i minimalizmu w moim domu. Bea, punkt dla Ciebie ;)

Na końcu każdego rozdziału znajdziemy zgrabne podsumowanie z zasad 5R odnoszących się do danego obszaru, a także szereg porad, co  możemy zrobić, żeby zaoszczędzić wodę i energię – wiele z nich jest szalenie inspirujących. Dzięki temu autorka daje sygnał, że świat nie kończy się na namacalnych i materialnych „śmieciach”, które gromadzimy w domu, a styl zero waste powinien sięgać dalej niż do osiedlowego kontenera na odpady. Ta filozofia jest mi zdecydowanie bliska.

Meandry absurdu

Kolejne strony książki „Pokochaj swój dom” co chwila wytrącały mnie z równowagi wpędzając w poczucie szoku. Począwszy od informacji, że Bea wybrała psa pod kolor posadzki i ścięła włosy w trosce o środowisko (ale z tego pomysłu zrezygnowała ze względu na opłakane skutki transformacji fryzury), a skończywszy na wyznaniu, że zbierała mech by zastąpić papier toaletowy. Ale apogeum czyhało na mnie w rozdziale poświęconym domowym sposobom leczenia. Kiedy przeczytałam, że na kamienie nerkowe Bea rekomenduje miksturę z czterech łyżeczek oliwy i czterech łyżeczek soku z cytryny złapałam się za głowę utwierdzając się w przekonaniu, że autorka nigdy nie miała z tym schorzeniem do czynienia, a proponowana mikstura to najkrótsza droga do rozwolnienia. Ale nerkom to nie pomoże ;) Na kolejnej stronie Bea natomiast radzi, by w przypadku leczenia innych schorzeń na własną rękę poradzić się Google’a. Aż chciałam krzyknąć „Bea! Google to nie lekarz!”. Zgroza. Zdziwiło mnie też, ile czasu i energii można poświęcić na eliminowanie z życia drobiazgów o pomijalnym wpływie na środowisko. Z mojej perspektywy dużo prościej i ze znacznie większą korzyścią dla środowiska byłoby poświęcić ten wysiłek na wegetariańskie gotowanie.

Zracjonalizowany zapał neofity

Bezkompromisowa i, nie bójmy się tego słowa, radykalna strategia Bei może przyprawić o ból głowy, a nawet wzbudzić wewnętrzny sprzeciw wobec tak drastycznej reorganizacji życia, ze zmianą miejsca zamieszkania włącznie. Wentylem w tej sytuacji okazuje się jednak sama Bea, która po przejściu wszystkich etapów, począwszy od fascynacji, przez zderzenie ze ścianą, a na wypracowaniu zrównoważonych rozwiązań skończywszy, wyzbyła się bezkrytycznego zapału neofity, dając miejsce racjonalnie uzasadnionym wyborom.

„Można by nawet pomyśleć, że uzależniłam się od kupowania luzem, bo w poszukiwaniu dostawców zdarzało mi się pokonywać wielokilometrowe trasy w obrębie zatoki San Francisco.”

Okazuje się, że nie wszystkie pomysły na uniknięcie odpadów są warte zainwestowanego czasu i zasobów. I tak Bea rezygnuje chociażby z doglądania ziaren kefirowych, z własnoręcznego robienia masła i sera, godząc się na produkt w opakowaniu, oraz przyznaje wprost, że absolutne zero odpadów jest niewykonalne. Pogodzenie się z tym prostym faktem zabezpiecza nas przed zniechęceniem, a w konsekwencji porzuceniem zmian do których podeszliśmy z entuzjazmem i zapałem charakterystycznym dla debiutantów ;)

„Ekologiczna postawa polega na wprowadzaniu takich zmian, które są wykonalne na dłuższą metę.”

Co nie zmieściło się w słoiku**?

W słoiku nie zmieściło się to, co zostało przemilczane ;) Chociaż potraktujcie to raczej jako ciekawostkę, niż próby wytykania Bei niekonsekwencji ;) W swojej książce Bea porusza właściwie każdy aspekt życia, który można sobie wyobrazić, a nawet te, które chyba nikomu nie przyszłyby do głowy, więc tym bardziej zdziwiłam się, gdy odkryłam o czym Bea nie pisze. I tak, czytamy chociażby o bezodpadowym remontowaniu domu, kompostowaniu obciętych paznokci czy zmniejszaniu załączników do maila by ograniczyć zużycie energii potrzebnej do utrzymywania serwerów komputerowych. Ale co mnie zaintrygowało, to że Bea ani słowem nie wspomina o tym, w jaki sposób serwisuje swój samochód, którym, jak wiemy z lektury książki, jeździ po swoje bezodpadowe zakupy. Jako posiadaczka czterech kółek wiem, że nawet najbardziej oszczędny samochód generuje odpady związane z eksploatacją, takie jak zużyte oleje (i opakowania po nich), filtry, tarcze i klocki hamulcowe, opony oraz inne podzespoły których wymiana jest niezbędna w trakcie użytkowania samochodu. Bez wątpienia są to rzeczy niemałe, niepodlegające recyklingowi i z pewnością niemieszczące się w litrowym słoiku.

Inna rzeczywistość

Jednym z najbardziej zasadniczych pytań, które zadawałam sobie przed lekturą tej książki, to czy jej treść będzie korespondowała z polskimi realiami. Bez wątpienia wiele rozwiązań zaproponowanych przez autorkę mamy już nieźle osadzonych na naszym podwórku, inne mogą stanowić ciekawą inspirację do wdrożenia. Są też takie, które nijak do Polskiej rzeczywistości nie przystają ze względu na różnice kulturowe i nie mam tu na myśli świętowania Halloween. Chcę przez to powiedzieć, że sporą część uwagi Bea poświęca na walkę z odpadami, na których wytworzenie w ogóle jeszcze nie wpadliśmy. I tak znajdziemy sposoby na uniknięcie: „markerów do steków” (może znajdzie się ktoś, kto wyjaśni mi co to jest), „śliniaków dla dorosłych” (?!), „plastikowej trawy na półmisku sushi” (WTF?!) i „siateczki do bezpestkowego wyciskania soku z cytryn”. Kreatywność Amerykanów w zakresie wytwarzania przedmiotów zbędnych uczy mnie jednak, że mimo wciąż małej popularności zero waste w Polsce, do przebycia mamy znacznie krótszą drogę. A to jest bardzo dobra informacja.

A jednak mnie kupiła

Nie mam pojęcia, w którym miejscu to się stało i za sprawą jakich argumentów, ale książka wywarła na mnie kolosalne wrażenie, choć niejednoznacznie pozytywne, bo część treści odfiltruję i dopasuję do swojej sytuacji życiowej. Mimo, że nie raz przeklinałam pod nosem, jestem zdania, że to lepiej niż gdybym przeszła obok tej książki wzruszając obojętnie ramionami. Książka jest też napisana w niezwykle angażujący, a zarazem przystępny sposób, a przekaz płynący często wprost z głębi serca autorki, potrafi poruszyć różne struny duszy. Trudno jest się z nią nie identyfikować. Mam również podejrzenie, że w książce zawarty był jakiś przekaz podprogowy, bo od tygodnia mój mąż z niedowierzaniem obserwuje, jak systematycznie rozprawiam się z kolejnymi siedliskami plagi zwanej zagraceniem. Skoro już o Mężu Ekologiki mowa, zadeklarował, że książkę przeczyta, a na kanwie moich relacji z jej lektury nadał autorce nowy pseudonim –  Bea Grylls* :)

W szkole trenerów zawsze kończyliśmy ćwiczenia informacją, co z nich „zabierzemy ze sobą”. Ja zabieram całkiem sporo, mimo, że z recenzji nie wynika to bezpośrednio :) Mimo, że wielokrotnie wzdychałam „Bea, WTF?!”, nabrałam sympatii do tej zdeterminowanej, szalonej kobiety, która zrewolucjonizowała swoje życie bez niemal żadnych kompromisów. Zainspirowała mnie zamiłowaniem do zielarstwa i rozgrzeszyła z wyrzutów sumienia związanych z pozbywaniem się rzeczy. A jednocześnie wzbudziła mój szacunek konsekwencją, jednak rysując jasno, gdzie leżą jej granice.

„Nic nie zapowiada, aby podróże samolotami miały się wkrótce skończyć. W naszym coraz bardziej globalnym społeczeństwie zbyt wiele relacji międzyludzkich od nich zależy”.

Czy poleciłabym tę książkę? TAK! Nawet jeśli zaproponowany styl życia zdaje się leżeć daleko poza strefą naszego komfortu, to książka dostarcza niewiarygodnej ilości uniwersalnych inspiracji, a bardziej zaawansowanym otwiera oczy na to, co jeszcze można zrobić. A to stawia przede mną nieuniknione pytanie, „co ja jeszcze mogę zrobić?”. Odpowiedź na nie, może ponownie zatrząść moim życiem w posadach.

A Wy przeczytaliście już „Pokochaj swój dom”, a może dopiero planujecie?

Dla wydawnictwa ukłony za dbałość o szczegóły

*Bear Grylls – słynący ze stosowania bezkompromisowych technik przetrwania orędownik survivalu, postać telewizyjna.

**Bea Johnson zdobyła popularność gdy zaprezentowała światu całoroczne odpady czteroosobowej rodziny mieszczące się w litrowym słoiku.

  • Może czytam zbyt selektywnie, ale jakoś tych dziwactw typu markery do steków itd. nie wyłapałam. Albo zwyczajnie nie zanotowałam w pamięci, uznając, że nie ma to ze mną nic wspólnego :D. Bardzo spodobało mi się w tej książce, że było mnóstwo praktycznych rad, jak unikać śmieci i przetwarzać te, które już mamy. Może i jest momentami radykalna (ale nie tak, jak autorka jednej z niemieckich książek o zero waste, która zrezygnowała z papieru toaletowego i wraz z mężem używa ręczniczków do podcierania – mnie to przerosło, ja się buntuję już przy wielorazowych chusteczkach do nosa…), mimo to jest to do tej pory najlepsza książka o zero waste, jaką do tej pory przeczytałam. A za samą Beą Grylls nie przepadam ;).

    • Ekologika

      Och, to ja muszę tę niemiecką książkę również zrecenzować, a przynajmniej przeczytać :) Pamiętasz może tytuł? Jest przetłumaczona na angielski?
      Mnie również spodobały się te praktyczne porady i tak jak pisałam, wiele z nich zupełnie mnie zaskoczyło, bo sama w życiu bym na to nie wpadła!

      • Olga Witt „Mein Leben ohne Müll”, o tłumaczeniu nic mi nie wiadomo :). Osobiście jednak mnie ta książka cały czas frustrowała. Zwyczajnie uznałam ją za koszmarną, choć spodobała mi się tam informacja o FairPhone i ShiftPhone – czyli smartfonach, które można naprawiać i mają być lepsze dla świata :D.

  • Bardzo podoba mis się Twoja recenzja. Sposób, w jaki jest napisana. Książka musi być ciekawa, nie wiem czy po nią sięgnę, bo zbyt wiele innych książek czeka w kolejce.
    Czasami szokujące informacje czy te z którymi się nie zgadzamy na pierwszy rzut wiercą nam dziurę w brzuchu (np. te ścięte włosy dla oszczędności):) Na przykładzie Bei widać, że nikt nie jest eko czy zero waste w 100%.

    • Ekologika

      Malwina, ogromnie mi miło! Dziękuję za te słowa :)
      Zgadzam się również z Tobą, że szokujące informacje wiercą nam dziurę w brzuchu i potrafią zupełnie zmienić perspektywę. Dlatego też myślę, że lektura nie pozostanie bez wpływu na moje życie.

  • Też się zastanawiałam nad tym autem i nad remontem, bo u nas w pracowni akurat w tym samym czasie wyburzano ścianę. I owszem, o ile śrubki czy farby da się załatwić z drugiej ręki (u nas były ze śmietnika :), o tyle zużycie rozpuszczalników i innego toksycznego bardziewia i tak jest spore. Nie mówiąc już o tym, że instalacji elektrycznej nie zrobi się z odzysku, a po rozbiórce zostaje gruz, z którym trzeba coś zrobić. Ładnie to wszystko wygląda w książce, gorzej w rzeczywistości :)

    • Ekologika

      Zgadzam się z Tobą, a dodatkowo zastanawiam się na ile jest to warte zaangażowania i czasu na to poświęconego. Jasne, wypożyczalnie sprzętów i narzędzi to super sprawa, z resztą w Polsce też już zaczyna działa, ale nie wszystko, nie na siłę i nie niewspółmiernym kosztem.

  • Pingback: Czy życie zero waste jest łatwe? - Green Projects()

  • Pingback: Granice zero waste | Ekologika - ekologiczny styl życia()