sąsiedzka grupa wsparcia sharing economy

Sąsiedzkie grupy wsparcia czyli jak kiełkuje sharing economy

Jestem dziewczyną z blokowiska. Takiego najprawdziwszego blokowiska z wielkiej płyty stojącego w samym centrum Śląska. I dla mnie to było całkowicie normalne, że w tej sąsiedzkiej społeczności tętniło życie. Ile razy zdarzyło mi się pójść do Pani Niny z mieszkania nad nami, żeby „pożyczyć” szklankę cukru czy mąki, bo akurat zachciało nam się naleśników w niedzielę wieczorem, ingrediencji w domu było za mało, a sklepy dawno pozamykane. Ile razy wędrowałam bez zapowiedzi do sąsiadów, żeby pobawić się z ich synem, Michałem. Do dziś wszyscy wspominamy też historię, kiedy mój Tata poszedł do sąsiada pomóc mu z remontem. A wspominamy ją głównie dlatego, że zgubił tam obrączkę, która jakiś czas później szczęśliwie się odnalazła ;) To wszystko wspominam niezwykle ciepło. Zwłaszcza kiedy siedzę w zamieszkiwanym od niedawna poznańskim mieszkaniu i wyobrażam sobie minę sąsiadów, których nawet nie znam, gdybym stanęła w ich drzwiach prosząc o pożyczenie miksera. Lub czegoś w tym guście. Przez te dwie dekady, które dzielą moje wspomnienia i aktualną rzeczywistość z pewnością coś się zmieniło. Być może uleciały nam z głów wspomnienia twardego socjalizmu i pełzającego kapitalizmu, gdy często, żeby przetrwać, trzeba było sobie pomagać, być może poluzowały się więzi, bo nasze „stado” nie było nam tak niezbędne do przetrwania, a w dobie szalejącego kapitalizmu prosić o pomoc, czy pożyczać od kogoś coś czego samemu się nie ma, albo na domiar złego wziąć to za darmo, musi być symptomem jednego – że jesteśmy nieudacznikami. Może to wszystko przez ten kult posiadania.

I już byłam gotowa zupełnie stracić wiarę w ludzkość i pogrzebać na dobre wspomnienia o sąsiedzkiej kooperacji, gdy gdzieś w meandrach sieci natknęłam się na prężnie działającą, facebookową grupę zrzeszającą mieszkańców sąsiedniej dzielnicy. A ponieważ mój fyrtel* tak prężnej grupy nie posiada, nie wahałam się ani chwili – dodałam. I oniemiałam. A następnie odkryłam, że prawdopodobnie byłam w błędzie, a sąsiedzka współpraca ma się całkiem nieźle. Przynajmniej tutaj. Oczywiście, sporo ogłoszeń to pytania o otwarty w niedzielę sklep czy dentystę na NFZ, ale wśród tej masy zapytań, postulatów i wniosków jest sporo bardzo inspirujących.

Kategoria: Oddam w dobre ręce

W tej kategorii pojawią się przeróżne rzeczy – począwszy od mebli, przez ubrania, sprzęt AGD po żywność (gdzieś przewinęła mi się tam pizza i 3 pieczone piersi z gęsi). Większość transakcji ma charakter wymiany na różne dobra (obowiązującą walutą jest przeważnie waluta jeżycka ;) ) ale całkiem sporo ogłoszeń dotyczy zbycia różnych przedmiotów za darmo. Dzięki temu, wiele przedmiotów ma szansę na drugie życie, a minimaliści i osoby o ciasnym budżecie mają szansę doposażyć swój kąt niewielkim kosztem.

sąsiedzka_grupa_wsparcia_1
Screeny pochodzą z grupy Inicjatywna i Nieformalna Grupa Jeżycka

Kategoria: Kto może pożyczyć?

Podobnie jak w kategorii pierwszej i tutaj króluje różnorodność – od narzędzi wszelakich, szlifierek, wiertarek i kluczy imbusowych, po sprzęty kuchenne takie jak maszynki do mielenia, sokowirówki czy foremki do ciastek. Zdecydowana większość zapytań spotyka się z pozytywnym odbiorem, przedmioty krążą po „dzielni”, a może przy okazji nawiązują się bardziej serdeczne więzi?

sąsiedzka_grupa_wsparcia_2
Screeny pochodzą z grupy Inicjatywna i Nieformalna Grupa Jeżycka

Kategoria: Dobra niematerialne

Przenosimy się już na zupełnie inny poziom, bo przedmiotem zainteresowania przestaje być – nomen omen – przedmiot. Ktoś szuka towarzystwa do rozmowy dla swojej nieco samotnej babci, ktoś inny poszukuje kogoś, kto w wolnej chwili objaśni dziecku ułamki. Komuś potrzebna jest pomoc przy przeprowadzce. Pojawia się ogłoszenie: „jadę na Islandię – może się przyłączysz? Twój wiek, płeć, orientacja i kolor skóry nie mają znaczenia”, ktoś chętnie spędzi Sylwestra z kimś z sąsiedztwa. Tak po prostu. Przy grach planszowych lub dobrym filmie. I koniecznie z kotem.

Screen pochodzi z grupy Inicjatywna i Nieformalna Grupa Jeżycka

Sharing Economy

Przypuszczam, że mało kto, spośród uczestników dzielnicowej wymiany dóbr, przystąpił do niej ze świadomym zamiarem wdrażania idei sharing economy. Sharing economy – w polskim tłumaczeniu „ekonomia współpracy” – to podejście polegające na zmianie modeli organizacyjnych na bardziej rozproszone sieci, a jego przejawem jest współdzielenie, współtworzenie czy współkupowanie. Wszystko to ma na celu poprawę efektywności wykorzystania zasobów, co oznacza, że ekonomia współpracy wpisuje się wprost znakomicie w ekologiczny styl życia. Bo zamiast kupować nową rzecz, korzystamy wspólnie z tej, która już została wyprodukowana, a tym samym zwiększamy jej szanse na coś, co ja nazywam „ekologiczną amortyzacją”, a jest dla mnie taką intuicyjną miarą, że dany przedmiot został wykorzystany na tyle efektywnie, że potencjalne korzyści równoważą koszty środowiskowe jego wyprodukowania, a następnie składowania/recyklingu.

Przekuwając tę zawiłą teorię w przykład z życia wzięty, przyjrzyjmy się chociażby kwestii takich foremek do ciastek. Jeżeli tylko nie jesteśmy zawodowymi cukiernikami, tylko Kasią z ulicy Jeżyckiej, to prawdopodobnie foremek używamy kilka razy w roku. Przez większość czasu foremki leżą nieużywane zajmując miejsce gdzieś w szufladzie i raczej nikomu do niczego nie służą. Tymczasem Zosia z ulicy Poznańskiej foremek nie ma w ogóle, bo wcale nie piecze, ale tym razem postanowiła zabłysnąć domowymi pierniczkami na spotkaniu opłatkowym w nowej pracy. Czy Zosia z ulicy Poznańskiej powinna zatem udać się do najbliższego sklepu z asortymentem dla aspirujących cukierników i nabyć zestaw zapakowanych w plastik (odpad alert!) foremek, których użyje tylko ten jeden raz? Czy może rozsądniej jest, będąc Zosią, pożyczyć owe foremki od Kasi? A przy okazji dać sobie szansę, na nawiązanie ciekawej znajomości.

Dostrzegamy oczywiście liczne zalety tego rozwiązania – zasoby marnują się w mniejszym stopniu, mniej odpadów trafia do środowiska, korzyści finansowe, nawet jeśli drobne, również są zauważalne, Zosia się cieszy bo współpracownicy zachwycili się jej pierniczkami, a Kasia czerpie radość z pomagania innym. Ale, ale… co by było gdyby Zosia owe foremki sprzeniewierzyła, zniszczyła albo wręcz zapadła się z nimi pod ziemię? Przypomina mi się wałkowana przeze mnie na studiach teoria gier, która mówi wprost o tym, że opłaca się oszukać tylko jeśli szanse na ponowne spotkanie danej osoby jest bliskie zeru. A mieszkając na sąsiednich ulicach prawdopodobieństwo ponownego spotkania się jest szalenie niezerowe. Dlatego właśnie w sąsiedzkiej społeczności, oszukać uda się tylko raz, a następnie czeka oszusta towarzyska ekskluzja. W społeczności, która się zna, a na dodatek korzysta z wymyślnych narzędzi komunikacji które zwiększają szanse namierzenia sprawcy, wszystkim stronom najbardziej opłaca się uczciwa współpraca.

W zaawansowanych modelach ekonomii współpracy współdzielić można nie tylko okazjonalnie i nie tylko drobne przedmioty. Potrafię sobie wyobrazić społeczności regularnie dzielące się na przykład samochodem czy pralką i równorzędnie partycypujące w kosztach ich zakupu, utrzymania czy naprawy. To wymaga jednak totalnej rewolucji w sposobie myślenia o rzeczach i posiadaniu, wyjścia poza schemat klasycznej ekonomii i wyrobienia w sobie przekonania, że wyznacznikiem dobrobytu niekoniecznie jest materialny stan posiadania. Dużym ułatwieniem tej transformacji są media społecznościowe czy aplikacje mobilne, które w niezwykły sposób katalizują sąsiedzkie interakcje, a łatwość ich użytkowania, coraz bardziej powszechna dostępność, wraz z niskimi kosztami użytkowania sprawiają, że mogą stać się narzędziem w rękach każdego z nas. W Twoich również.

Konsekwencje dla fyrtla i społeczności lokalnej

Z jednej strony, to budujące, że w małej sąsiedzkiej społeczności rozkwitają relacje, początkowo oparte na różnorakiej wymianie dóbr i informacji, z czasem przekształcające się w coś więcej niż internetowe forum.  Powiecie, że poniósł mnie noworoczny entuzjazm, ale ja widzę w tym zjawisku szansę nie tylko na stopniowe rozwijanie koncepcji ekonomii współdzielenia, takiej na serio, ale również na ocieplenie międzyludzkich relacji, zwiększenie zaufania społecznego czy wzmocnienie poczucia przynależności lokalnej. A to może mieć wymierny wpływ na dzielnicę w sensie urbanizacyjnym i infrastrukturalnym, bo zintegrowanej, dobrze funkcjonującej społeczności bardziej chce się o swój fyrtel dbać i łatwiej jest wywrzeć masowy nacisk na władze miasta czy fyrtla, skutkujący podjęciem ważnych dla mieszkańców inwestycji podnoszących lokalnie jakość życia. A komu nie chciałoby się żyć lepiej w swojej najbliższej okolicy?

Na koniec zapraszam Was do obejrzenia sąsiedzkiego eksperymentu przeprowadzonego przez IKEA :) Mnie niezmiennie porusza, za każdym razem kiedy pomyślę, ile cudownych osób mamy na wyciągnięcie ręki. Tylko odwagi, by wyciągnąć rękę trochę nam brakuje ♥♥♥

Masz w swojej dzielnicy/miejscowości podobnie funkcjonującą grupę? A może ten tekst zainspirował Cię do stworzenia własnej lokalnej inicjatywy? :)