food miles

Skąd przyjechało Twoje jedzenie i dlaczego z tak daleka?

Przeczytałam ostatnio, że w fotografii liczy się głębia uczuć, a nie głębia ostrości. I tak sobie myślę, że w życiu jest podobnie. Bo nie pamiętam dokładnie okoliczności tamtej rozmowy z moją Babcią, nie pamiętam, gdzie byłyśmy, co robiłyśmy. Czy to była jedna z tych rozmów snutych w spokojne, sobotnie popołudnie przy kuchennym stole, nad kawałkiem pachnącej drożdżówki, czy gdzieś w przelocie przez targ obładowane zakupami… Nie pamiętam. Ale doskonale pamiętam zdanie, które wypowiedziała wtedy moja babcia, a brzmiało mniej więcej tak: „Wiesz, ja pierwszy raz w życiu zjadłam banana, jak urodziłam Twojego Tatę”. Gwoli ścisłości było to latach sześćdziesiątych, moja Babcia liczyła sobie niewiele mniej wiosen niż ja w tym momencie, a banan na porodówce w małym opolskim miasteczku, w czasach siermiężnego PRL’u znalazł się za sprawą paczki wysłanej przez mieszkającą w Niemczech rodzinę współtowarzyszki mojej Babci. Takie rzeczy.

Dla kogoś z mojego pokolenia, nawet urodzonego u schyłku komuny, taka opowieść brzmi jak science-fiction. Brzmi tak samo absurdalnie, jak wspomnienie mojej mamy o statkach z pomarańczami, które przypływały do Gdyni przed Bożym Narodzeniem i fakt, że ten sensacyjny news zajmował poczesne miejsce w wieczornym dzienniku. I choć pamiętam z własnego dzieciństwa, że w domu jadło się głównie jabłka, gruszki, śliwki i truskawki, a winogrona czy pomarańcze pojawiały się okazjonalnie, to ten obrazek blaknie ilekroć spojrzę na uginające się od owoców tropikalnych stoiska. I nie chodzi mi absolutnie o to, żeby wychwalać PRL pod niebiosa za umiłowaną prostotę jakiej nam dostarczała w dziedzinie gastronomii i aprowizacji, ale sama często myślę o tym, że to co dla nas dzisiaj jest oczywistością, jeszcze pokolenie wcześniej było kolejną abstrakcyjną baśnią z tysiąca i jednej nocy. Dziś jest oczywistością tak oczywistą, że prawie nikt nie zawraca sobie głowy jej kwestionowaniem. Widać, że bardzo przyzwyczailiśmy się do faktu, ze na naszych stołach goszczą produkty z różnych stron świata, a „egzotyka” spowszedniała do tego stopnia, że praktycznie w nikim nie budzi już ekscytacji. Mało komu przyszłoby do głowy rozważać globalne konsekwencje takiego stanu rzeczy, szczególnie jeśli są one daleko poza zasięgiem naszego wzroku. No ale ja sobie lubię komplikować życie w imię dobrej… ekhem… zmiany ;)

bananas-698608_1280

A to, czego nie widać na pierwszy rzut oka w zakupowym koszyku, to, na przykład, ślad węglowy, który jak ogon komety ciągnie się za każdą rzeczą, która przebyła kawał świata po to, by ostatecznie trafić do naszych garnków. W uproszczeniu, produkcja i transport każdej jednej rzeczy są związane z określoną emisją zanieczyszczeń, w tym dwutlenku węgla, który nadzwyczaj sprawnie radzi sobie z podgrzewaniem atmosfery. Oczywiście handel międzynarodowy to nie tylko spalone w silnikach paliwa kopalne, opakowania, środki chemiczne czy energia wydatkowana w chłodniach, ale także cały szereg konsekwencji, które dotykają społeczności lokalne, z niewolnictwem włącznie… Ufff… dużo tego, prawda? Na tyle dużo, że regularny konsument w tym momencie bezradnie rozkłada ręce z głębokim przeświadczeniem, że świat już taki jest, ktoś tak go urządził, rządzą nim wielkie, opływające w bogactwa korporacje, a szary Kowalski po prostu chciałby zrobić zakupy i to najlepiej w świętym spokoju.

No dobrze, ale Kowalski jest obywatelem świata i konsumentem, ale ponad wszystko swój rozum ma i może głosować portfelem za zdrowym rozsądkiem. I od czegoś trzeba zacząć, a najlepiej od tego, żeby zacząć kontestować rzeczywistość i zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo absurdalnym pomysłem jest, na przykład, kupowanie w czerwcu młodych ziemniaków, które przyjechały prosto z Egiptu, skoro za góra kilka tygodni na straganach będą się pysznić młode ziemniaki krajowe (i od razu zaznaczam, że ja tu nie propaguję jakiegoś nacjonalizmu tylko zdroworozsądkowy patriotyzm zakupowy).

czerwiec 228

Dobrym sposobem, by zdać sobie sprawę, jaki dystans pokonały nasze zakupy na trasie producent-konsument jest obliczenie tzw. „food miles”, czy odległości wyrażonej w milach lub kilometrach od miejsca wyprodukowania do koszyka konsumenta. Można posłużyć się w tym celu bardzo prostym kalkulatorem, o tu, voila http://www.foodmiles.com/. I tak na przykład moje egipskie ziemniaki mają na koncie ponad 3000 km, podczas gdy równie dobrze można by kupić polskie, od lokalnego dostawcy, na sąsiadującym z marketem targowisku, tyle, że za kilka tygodni. Jaka jest na to recepta? Zwracanie uwagi na etykiety, a szczególnie na kraj pochodzenia. Oczywiście nie jest to recepta uniwersalna, bo choćbyśmy całe życie studiowali etykiety nie znajdziemy nigdzie polskich bananów. No, nie i koniec… Czy wobec tego należy zrezygnować zupełnie z owoców tropikalnych?

(podkład dźwiękowy rodem z horroru…)

Radykał powie: „TAK”, Ekologika powie: „niekoniecznie”.

Nie będę Cię nakłaniać do całkowitego wyrzucenia z jadłospisu owocowych i warzywnych przybyszów z odległych krain, chociaż z pewnością lokalna i sezonowa dieta jest najlepsza dla nas, a dla środowiska najmniej szkodliwa. Co ważne, to odzyskać balans i w pierwszej kolejności sięgać po to, co urosło najbliżej nas, a po egzotyczne smakołyki sięgać z umiarem, w miarę możliwości wybierając te, które powstały w sprawiedliwy i zdrowy sposób (i tu korzystamy ze ściągawki http://ekologika.edu.pl/ekoznaki-na-ktore-warto-zwracac-uwage/)

Czy wybieranie produktów lokalnych załatwia sprawę naszego wpływu na środowisko? Oczywiście, że nie.

Okazuje się, że wybierając nawet produkty wyprodukowane lokalnie, ale poza sezonem – na przykład pomidory czy truskawki wczesną wiosną, zdecydowanie większy od transportu udział w śladzie węglowym naszej żywności będzie miał wydatek energetyczny związany z… uprawą szklarniową. Więc nie dość, że należy wybierać to co urosło lokalnie, to jeszcze we właściwym czasie.

W dzisiejszym zwariowanym świecie brzmi to ekscentrycznie i można czuć się zagubionym, ale zawsze, gdy masz wątpliwości zadaj sobie proste pytanie „czy jadłaby to moja babcia?”. I ja w tej sprawie już mam swoją odpowiedź – jadłaby, ale tylko na bardzo wyjątkową okazję ♥

13321781_1050213968357610_7844816812289241600_n

  • Pingback: Przy kawie i herbacie - Hodowla Słów()

  • Lubię takie eksperymenty myślowe – pomyślmy o dobrach, które mamy na wyciągnięcie ręki i traktujemy je jako oczywiste (for granted, jak to mówią anglojęzyczni). A kiedyś tak nie było. I kiedyś też może tak nie być. Iloma rzeczami jesteśmy obstawieni, których nie dostrzegamy. A może ich zabraknąć. Woda?

    Ekologia dla mnie to właśnie myślenie skoncentrowane na środowisku – tzn. na kontekście naszego życia, którego nie dostrzegamy.